Gosia, rodzina zastępcza

To po prostu trzeba czuć

Już jako dziewczynka marzyła, że weźmie dziecko z domu dziecka. Od kilkunastu lat spełnia swoje marzenie. I mówi, że z rodzicielstwem zastępczym jest jak z gotowaniem: - Niby można coś komuś doradzić, ale jak ktoś gotować nie lubi, to dobrego kucharza się z niego nie zrobi.

tekst: Karolina Tatarzyńska
zdjęcia: Marek Kowal

Gromadka dzieci to dla niej sprawa oczywista, bo sama też wychowała się w rodzinie wielodzietnej. - Mam siostrę i 4 braci. W domu nie było idealnie. Tata pił i to niszczyło nasze rodzinne życie. Dobrze, że mama zawsze była dla nas wsparciem. Może dlatego tak bliski jest mi los dzieci, które mają w życiu trochę gorzej. Gdy chodziłam do podstawówki, co poniedziałek był w telewizji program „Kochaj mnie”. Zawsze go oglądałam. I zawsze ryczałam. Już wtedy powiedziałam sobie, że gdy dorosnę, to wezmę chociaż jedno dziecko z domu dziecka - wspomina Gosia Skoneczka, mama zastępcza z 12-letnim doświadczeniem, od roku prowadząca w Łodzi klub samopomocowy dla rodzin zastępczych Elfiki.

Postanowienie z dzieciństwa przypieczętowała diagnoza lekarska. - Byłam jeszcze nastolatką, gdy usłyszałam, że nie będę mogła mieć własnych dzieci. Pierwszy mąż tej wiadomości nie przetrawił. Rozstaliśmy się bardzo szybko - opowiada. Wydawało się, że kandydat na drugiego męża przyjął to o wiele lepiej. Ustalili, że skoro nie mogą być rodzicami biologicznymi, to założą rodzinę zastępczą. Ich pierwszym dzieckiem został Kewin. - Mieszkaliśmy w Milanówku, a on był w pogotowiu rodzinnym w Żyrardowie. Kilkanaście lat temu załatwianie takich spraw wyglądało inaczej niż teraz. Najpierw dowiedzieliśmy się tylko, że dziecko ma 3 lata. Później, że to chłopiec. Sąd wydał nam postanowienie, a my go nawet nie widzieliśmy. Było w tym trochę niepewności. W niedzielę pojechaliśmy go poznać, a w poniedziałek odebraliśmy dokumenty z sądu i zabraliśmy Kewina do domu - relacjonuje.

Gdy szli do wyjścia, podszedł do nich 4-letni Krystian, który w pogotowiu mieszkał z młodszym bratem Adrianem. - Zapytał „Ciociu, a nas też zabierzesz?”. To było jedno z najtrudniejszych pytań w życiu. Próbowałam jakoś z tego wybrnąć. Tłumaczyłam, że na razie nie wiem. A później robiłam wszystko, żeby o tym nie myśleć. Ale się nie dało, bo polubiliśmy panią prowadzącą to pogotowie i jeszcze kilka razy ją odwiedzaliśmy. A przy okazji spotykaliśmy chłopców - opowiada.

Wycieczka do sklepu

Po kolejnej wizycie poczuli, że muszą działać. Zrobili to na tyle skutecznie, że postanowienie w sądzie dostali od ręki. - Tego się nie spodziewaliśmy. Sędzia kazała nam poczekać na korytarzu. I wyszła, mówiąc, że możemy jechać po dzieci - komentuje.

Pierwszy wspólny tydzień? - To była tragedia. Chłopcy kłócili się niemiłosiernie. Być może przez ten rok za bardzo rozpieściliśmy Kewina. A może po prostu to był dla niego szok. Nie chciał dzielić się zabawkami i pilnował, by chłopaki nie podchodziły do jego mamy, bo uważał, że jestem tylko dla niego. Płakałam i zastanawiałam się, po co mi to było - wspomina.

Rozwiązaniem okazała się wycieczka do sklepu. - Pojechałam z Krystianem i Adrianem. Wróciliśmy z nowymi zabawkami. Powiedziałam Kewinowi, że skoro nie mógł się podzielić, to musiałam kupić im nowe. Zaproponowałam, żeby się wymieniali i sobie pożyczali. W domu wreszcie zapanował spokój.

Później cała rodzina wpadła w codzienny rytm. Pani Gosia pracowała w sklepie nocnym, więc gdy kończyła o godz. 6 rano, to przyjeżdżała do domu, robiła śniadanie, wyprawiała chłopców do przedszkola i szła spać. Wtedy do pracy szedł jej mąż. Po południu obiad, zabawy i znów do pracy na nockę. - Wytrzymałam tak miesiąc. W podjęciu decyzji pomógł mi Adrian, który złamał sobie rękę przy skoku z fotela. Poszłam na zwolnienie, a później na macierzyński. I wreszcie mogłam spędzać z dziećmi dużo czasu. Czułam, że oni mnie potrzebują, bo mają za sobą trudne doświadczenia. Chyba nawet trochę przesadziłam. Mąż miał tego dość. Kazał mi wybrać: on albo dzieci. Dla mnie oni byli najważniejsi, więc się rozstaliśmy - opowiada.

Początkowo wzbraniała się przed jakimkolwiek związkiem. - Gdy poznałam Pawła, to nie wierzyłam, że znajdzie się mężczyzna, który będzie chciał związać się z kobietą wychowującą 3 synów i to nie do końca swoich. Ale mnie przekonał. Co do jednego byliśmy pewni - że nie musimy martwić się o ciążę. Któregoś razu całkiem dla żartu zrobiłam test ciążowy razem z moją siostrą. Spodziewałyśmy się, że to ona będzie w ciąży, a okazało się, że jestem ja. Dla pewności pobiegłam do apteki po drugi test. Ginekolog nie był w stanie wytłumaczyć, jak to jest możliwe. Według wiedzy medycznej, to nie mogło się zdarzyć - relacjonuje.

Dać dzieciom cząstkę siebie

Dziś Alicja ma już 7 lat, a 1,5 roku temu pani Gosia urodziła drugą córeczkę, Halinkę. - Czy rodzicielstwo zastępcze różni się czymś od tego zwykłego? U nas tego nie widać. Mieszkamy w jednym rodzinnym gnieździe. I staramy się traktować dzieci sprawiedliwie. Może nawet więcej czasu poświęcam chłopcom, bo wiem, że oni tego potrzebują. Ich choroby to efekt trudnej przeszłości. Dlatego wiele godzin spędziliśmy na terapiach i u specjalistów. Ten czas pięknie później owocuje. Po kilkunastu latach wspólnego życia jesteśmy tego pewni. Kewin i Krystian naprawdę nieźle radzą sobie w szkołach. Potrafią normalnie żyć, choć start mieli bardzo utrudniony. Ale to nie znaczy, że wszystkie choroby da się uleczyć miłością. Pewnych spraw nie przeskoczymy. Uwarunkowania genetyczne bywają silniejsze niż nasze zaangażowanie. Wiemy, jak bardzo może być trudno - komentuje.

Przez cały czas pani Gosia wspierała chłopców w relacjach z ich krewnymi lub bliskimi z przeszłości. - Początkowo kontaktowali się z nimi rodzice biologiczni. W przypadku Kewina ich rolę przejęła z czasem chrzestna. Mają świetny kontakt i wyjeżdżają na wspólne wakacje. Dbaliśmy też, by Krystian i Adrian mogli spotykać się ze swoim starszym, dziś już dorosłym bratem. On jest z innego miasta, więc gdy przyjeżdża do Łodzi, to zawsze go u nas gościmy - opowiada. Cieszy ją też, że Adrian może liczyć na wsparcie ze strony swojego taty. Bo on jest dla niego prawdziwym autorytetem.

- Co mogłabym doradzić osobom, które myślą o rodzicielstwie zastępczym? Że to po prostu trzeba czuć. To coś trzeba w sobie mieć. Taką umiejętność, żeby pokochać te dzieci i traktować na równi z własnymi. Umieć podzielić się swoim czasem i dać im cząstkę siebie. To chyba jest jak z gotowaniem. Niby można coś komuś doradzić, ale jak ktoś gotować nie lubi, to dobrego kucharza się z niego nie zrobi.