Dla dzieci wszystko. Nawet kozy

Uwielbiała kryminały, więc myślała, że będzie milicjantką. Ostatecznie została nauczycielką, ale swoje prawdziwe powołanie odkryła dopiero po pięćdziesiątce. Od prawie dwóch lat jest zastępczą babcią.

 -  Karolina Tatarzyńska

Chciała być pielęgniarką. Ale przed ciężką pracą postanowiła uchronić ją nauczycielka i papiery nie powędrowały do liceum pielęgniarskiego. Uznała więc, że zostanie milicjantką, bo zaczytywała się w kryminałach. - Tym razem zaoponował dziadek. Zapowiedział, że jak włożę mundur MO, to się do mnie nie odezwie - wspomina Dorota Pinek. Ostatecznie poszła na pedagogikę dziecięcą. Na IV roku studiów zaczęła pracę w szkole. Na V- urodziła syna. Krótko przed porodem zdążyła jeszcze napisać pracę magisterską. A po egzaminie przez kilka lat pracowała na uczelni. - Najbardziej lubiłam uczyć w podstawówce. Szkolne scenki po nocach mi się śniły. Mąż się ze mnie śmiał. „Znów wzywałaś Paczesia do tablicy”. To był taki mądry chłopiec. Zdążył wszystko obliczyć, zanim skończyłam dyktować - opowiada.

W opiece nad dziećmi, Mariuszem i Anią, pomagała jej teściowa. A pani Dorotka miała w życiu trochę pod górkę. Najpierw przez prawie 20 lat jej rodzinę nękał szwagier. Później mama zachorowała na raka mózgu, a tata miał udar. Po śmierci rodziców już wydawało się, że będzie lepiej. Wciąż jednak los znaczył jej życie kolejnymi chorobami bliskich. Razem z mężem zaopiekowała się umierającą na raka ciocią. 

W międzyczasie pomagała również synowi, gdy urodziła się wnuczka. A przed kilkoma laty pomyśleli z mężem o nowym zajęciu. - Chcieliśmy otworzyć w domu przy lesie prywatne przedszkole - Leśną Polankę. Pod koniec 2013 r. wszystkie pozwolenia już były gotowe. Mieliśmy nawet zorganizować dla dzieci imprezę noworoczną. Ale rozłożyło nas jakieś przeziębienie - opowiada.

Pogotowie leczące emocje

Pani Dorotka wykurowała się raz, dwa. Tylko jej mąż jakoś nie mógł dojść do siebie. - Byliśmy zdziwieni. Przecież co pół roku profilaktycznie się badał. Tylko RTG nigdy sobie nie robił. Gdy poszedł na prześwietlenie, rak był już prawie w całych płucach - komentuje. Zmarł kilka miesięcy później. - Tego było już za wiele. Pogniewałam się na Boga, i to bardzo. No bo ile można człowiekowi dokładać? Wielu przyjaciół się ode mnie odsunęło - nikt nie lubi doświadczać aż tylu nieszczęść. Gdy po śmierci Włodka szłam ulicą i nie wiedziałam, jak postawić krok, uznałam, że czas wziąć się za siebie. Wyjechałam z wnuczką na Mazury, żeby powspominać i zamknąć ten rozdział życia. A po kilku miesiącach otworzyłam przedszkole - relacjonuje.

W jednej z sal zawisło na ścianie motto: „Nie czekaj, aż będzie prościej, łatwiej. Trudności będą zawsze. Ucz się być szczęśliwym tu i teraz”. Początkowo dzieci było zaledwie dwoje. Przed trzema laty wyjechała za granicę jej synowa. I to pani Dorota przejęła główną rolę przy wychowywaniu wnuczki, a przy okazji zainteresowała się rodzicielstwem zastępczym. - Gdy zaczęłam czytać, pomyślałam, że mogłabym zajmować się tym już zawsze - komentuje.

W grudniu 2016 r. skończyła kurs w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Urzędnicy zgodzili się, by łączyła niewielkie przedszkole z prowadzeniem pogotowia rodzinnego, do którego trafiają dzieci z interwencji i są tam do czasu powrotu do własnych rodziców lub znalezienia im nowej rodziny: adopcyjnej albo zastępczej. Teoretycznie - przez kilka miesięcy. Podczas gdy pracownicy szukają długoterminowej rodziny zastępczej, pogotowie zajmuje się zdiagnozowaniem dzieci u specjalistów oraz leczy ich psychiczne rany. A tych jest zwykle najwięcej.

Pierwsze dzieci? Kwiecień 2017 r. 3-letnia Ola* i jej starszy brat Michał. Oboje z FAS-em, czyli alkoholowym zespołem płodowym. Przyjechali z innego pogotowia, w którym opiekunka ciężko się rozchorowała. - Michaś mocno zdystansowany. Za to Oleńka taki przytulas. Tyle że na wszystkich pluła. Każde miało skierowania do iluś przychodni. Ale najgorsze było co innego. Zdałam sobie sprawę, że nic o tych dzieciach zabranych z rodzin nie wiemy. Czasami czułam się bezradna, bo choć jestem z wykształcenia pedagogiem, to nie wiedziałam, jak z nimi pracować - przyznaje.

Żeby jakoś poradzić sobie z emocjami, zaczęła prowadzić pamiętnik. Pod koniec kwietnia zanotowała: „Kryzys? Dzisiaj doszłam do szczytu wytrzymałości. Nie wiem, jak dotrzeć do dzieci. Zwątpiłam w moje umiejętności. Płakały bez powodu. Rozmowy i zabawki ich nie interesowały. Za Olą nie nadążałam biegać. Ryk, złość i plucie!”. Przełamanie przyszło kilka dni później. „Matko, gdy człowiek zna swoje dzieci, to wie, czemu one płaczą, rozpoznaje płacz po tonie” - zapisała pani Dorota. To wówczas zorientowała się, że mimo regularnych posiłków maluchy odczuwają notoryczny głód. - Chłopiec zjadał po trzy talerze zupy, dziewczynka - dwa. Gdy przywiozłam pączki z przyjęcia, to o godz. 5 rano zastałam Michałka, jak wcinał je ukryty za kanapą - opowiada.

Dobrze zrobiło im przedszkole. Po trzech tygodniach Michaś obudził się ze śpiewem na ustach. Śpiewał „Sto lat”. Kilka miesięcy później oboje pojechali do rodzinnego domu dziecka, gdzie mieszkało już ich starsze rodzeństwo. Za to u pani Dorotki pojawił się kilkuletni Gabryś, przywieziony z domu, w którym mama przestała panować nad nałogiem.

Jak zapłakał, byłam zachwycona

- Zadbany, ale bardzo wycofany w relacjach z dorosłymi. Za to chętnie przytulał rówieśników. Jak do przedszkola przyszli rodzice po dzieci, to się chował. Miał też objawy choroby sierocej. Nie chciał rozebrać się do kąpieli ani zdjąć skarpetek do spania. Tak jakby wolał być gotowy do ucieczki - wspomina pani Dorota.

Początkowo chłopiec prawie nic nie mówił. Kot był dla niego miau, a pies- hau. - Jak po kilku miesiącach zaczął płakać, byłam zachwycona. Bo wcześniej nie wyrażał emocji. Nawet wtedy, gdy mu dentystka borowała zęby, albo jak mu przytrzasnęłam rączkę drzwiami od auta - komentuje pani Dorota.

Z czasem dołączył do nich 1,5-roczny Jasio. Gdy jego mama była nastolatką, tułała się po poprawczakach i domach dziecka. W dorosłym życiu wpadła w alkoholizm. Podczas jednej z libacji miała atak padaczki, a Jasiu trafił na kilka dni do domu dziecka. Na dzień dobry ugryzł tam chłopca, a później przyjechał do pani Doroty. Matka go odwiedzała, ale szanse, że zmieni swoje życie, były niewielkie. Zdecydowanie lepiej rokowali dziadkowie. I to im sąd przyznał opiekę nad Jankiem.

Jeszcze zanim zdążył wyjechać, zadzwoniła koordynatorka z MOPS-u, by zapytać, czy pani Dorota jest gotowa przyjąć niemowlęta. - Nawet się nie zastanawiałam. Oczywiście, że tak - opowiada.

Dwa tygodnie później zamieszkała u niej kilkumiesięczna Natalka, którą młodziutka mama zostawiła u znajomych kolegów, a stamtąd policja zabrała ją do szpitala na Sporną. Lekarze uznali, że jest zdrowa, więc pojechała prosto do pani Doroty. - Biegamy od poradni do poradni. Neurolog stwierdził, że jest dwa miesiące do tyłu w rozwoju. Do tego troszkę zezuje - komentuje. I choć mama Natalki nie przyznaje się do picia alkoholu w ciąży, to badania wykazały u dziewczynki FASD, czyli najgłębszą formę FAS-u. Pani Dorotka chodzi z nią na terapię sensoryczną oraz zajęcia pomagające uporać się z traumą porzucenia. Co drugi tydzień gości u siebie mamę Natalki, a w kolejnym - babcię. - Kiedyś przychodziły razem raz w tygodniu, ale uznały, że tak często nie ma sensu - relacjonuje. I przyznaje, że na początku miała nadzieję na powrót Natalki do jej rodzinnego domu. Bo mama twierdziła, że chce ją odzyskać. Tyle że deklaracje nie idą w parze z czynami. A dziewczynka, mimo że z FAS-em, jest wyjątkowo uroczym szkrabem. - Taki cukiereczek z tej naszej Natalki.    

Oprócz niej pani Dorotka przyjęła jeszcze dwoje maluszków: rocznego Piotrusia i jego starszą o kilka lat siostrę Zosię. W ich domu nie działo się najlepiej. Mama była ofiarą domowej przemocy. I nie są to pierwsze dzieci, które jej odebrano - Ich sprawa ciągnie się już na tyle długo, a do tego oboje mają FASD, więc postanowiłam przekwalifikować się z pogotowia rodzinnego na rodzinę zastępczą specjalistyczną. Zosia ma lekkie upośledzenie umysłowe, a jej braciszek zdrowotnie jest dużo słabszy, bo spustoszenie zostawiła po sobie kiła - opowiada pani Dorotka. Oboje bardzo nie lubią, gdy zastępcza babcia zostawia ich choć na moment. - Bardzo się do mnie przywiązali. Czasami niemal wiszą mi na nogach, gdy próbuję wyjść do kuchni. Ale - na szczęście - cieszą się również z odwiedzin rodziców - komentuje.

Po pomoc do babci

Prawie od początku w prowadzeniu rodziny zastępczej pani Dorotce pomaga jej życiowy partner, Marek Dudkiewicz, zawodowo pracujący jako informatyk. - Marek już kiedyś współpracował z fundacją wspierającą rodziny po przejściach. Teraz też się w tej roli świetnie odnajduje. A to zabierze dzieci na basen i do groty solnej, a to do teatru. Nie boi się wyjść nawet z całą trójką - chwali go pani Dorotka. Ale nie ukrywa też, że ona sama miała chwile załamania. - Czasami myślałam „Po co mi to?”. Gdy Zosia i Piotruś u nas zamieszkali, było bardzo ciężko. Oboje płakali po kilka godzin dziennie. Nic nie było w stanie ich pocieszyć. Bałam się, że są ciężko chorzy, więc szukałam pomocy u neurologa. Badania nic nie wykazały. Myślałam, że w końcu ktoś z sąsiadów zadzwoni na policję i to mnie interwencyjnie zabiorą dzieci. Teraz już wiem, że oswojenie się z nowym miejscem i traumami nie zajmuje tygodnia - opowiada.

W międzyczasie Gabryś pojechał do rodziny zastępczej długoterminowej. Choć początkowo wydawało się, że relacje z rodzicami biologicznymi układają się coraz lepiej. - Niestety, to były tylko pozory. Razem z nową rodziną uznaliśmy też, że w jego domu musiało się zadziać coś niewłaściwego. O swoich podejrzeniach zawiadomiliśmy prokuraturę - relacjonuje.

Na razie wszystkie dzieciaki, te zastępcze i z przedszkola mówią do niej „babciu” albo „babusiu”. Ale pani Dorotka już wie, że w czerwcu wygasi działalność przedszkolną. Bo dzieci z FASD-em wymagają dużo indywidualnej pracy. I zaleca się, by były na diecie bez glutenu, cukru i mleka krowiego. Dlatego pani Dorotka specjalnie dla nich kupiła dwie kozy. Zachęciła ją do tego mieszkająca nieopodal znajoma, która też jest rodziną zastępczą. Każdego ranka pan Marek doi kozy, a pani Dorotka robi twarożek. - Cała moja ekipa wcina go z wielką chęcią.

O sobie pani Dorotka mówi, że nie potrafi usiedzieć w miejscu. - Zawsze lubiłam działać. Gdy widzę postępy tych dzieci, to czuję satysfakcję - komentuje. A trudno ich nie zauważyć. Zanim Gabryś wyjechał, nauczył się nie tylko pięknie opowiadać, ale zdążył też poznać litery i liczby. - Któregoś dnia rozmawialiśmy z dziećmi o pomaganiu. Pytaliśmy, do kogo zwróciłyby się po pomoc. Zwykle mówiły „do koleżanki”, „do kolegi”. A Gabryś na to „A ja do babci”. Jak się nie wzruszyć? - opowiada.

Choć bywa trudno, to ma już pewność, że wreszcie odkryła swoje zawodowe powołanie. - Czuję się spełniona.

tekst i zdjęcia: Karolina Tatarzyńska

*Imiona oraz niektóre szczegóły dotyczące dzieci zostały zmienione.

Zobacz również:

Potrzebne pizze i lody dla dzieci z łódzkich domów dziecka w dniu ich święta!

Rodzina Jest dla Dzieci

Już za kilka dni, 1 czerwca, będziemy świętować Dzień Dziecka. Tego dnia większość rodziców postara... więcej

Drogie mamy, kochajcie i bądźcie kochane!

Rodzina Jest dla Dzieci

Pięknie jest być mamą. Ale i trudna to rola. Można ją odczytać na wiele sposobów. Są mamy łagodne i... więcej

Warsztaty serowarskie online dla łódzkich rodzin zastępczych. Kto chętny?

Rodzina Jest dla Dzieci

Pamiętacie, jak rok temu bawiliśmy się razem podczas Święta Rodzin Zastępczych? Było radośnie i... więcej

Dziękujemy za udział w spotkaniu z rodziną zastępczą i wolontariuszami!

Rodzina Jest dla Dzieci

Od ponad roku organizujemy cyklicznie spotkania dla osób zainteresowanych rodzicielstwem zastępczym... więcej

700 maseczek od 2 firm odzieżowych. Dziękujemy!

Rodzina Jest dla Dzieci

Maseczki to wciąż towar pierwszej potrzeby. Wiedzą o tym doskonale łódzcy i pabianiccy... więcej